
Co widzę? Czyli moje obrazki z wystawy
Co widzę? Widzę spalone, ponadmetrowej wysokości, dwie zapałki o czarnych główkach z wyrzeźbionymi twarzami. Jest główka, musi być twarz. Uczłowieczenie przedmiotu codziennego użytku. Czy z ognia powstaje człowiek?
Dalej Myszka Miki. Ale z Disneyowskiej wizji pozostał jedynie kontur – w jego granicach niebieskie, o różnych odcieniach, kwietne ornamenty, jakby z płytek na ścianę do kuchni, tworzą jej uśmiechniętą-nie-uśmiechniętą twarz. Popkulturowa mysz w dialogu z codziennością?
Noga słonia stojąca na podłodze. Paznokcie, ciemnoszara skóra aż do przekroju poprzecznego na wysokości około pół metra. Co widać? Nie ma ścięgien, kości. Nie ma mięsa. Są za to poprowadzone od środka ostre czarne kreski, niczym promienie okręgu. Pomiędzy nimi zdecydowane kolory – czerwony, niebieski, żółty, zielony, biały, czarny i pomarańczowy. Spotkanie natury z kulturą?
A obok, także na podłodze, rzeźba. Naga kobieta wykuta i wyszlifowana w białym kamieniu, siedzi podpierając się rękoma. Nogi ma złączone. Sprawia wrażenie pięknej, delikatnej i skromnej. Wzór klasycznego piękna. Niepokoi jednak i zastanawia, że jest pomalowana w fioletowe, nieregularne prążki wokół całego ciała. Klasyczna harmonia dziś stała się niemożliwa?
Teraz piegowata twarz dziewczyny na fotografii. Ma blizny i zadrapania. Sadząc po tytule zdjęcia, znak końca miłosnego związku. Rany fizyczne symbolizujące rany psychiczne związane z rozstaniem.
Fragment wideoinstalacji. Na podłodze monitor. Na ekranie szaroniebieska głowa człowieka zrobiona z grubego włosia. Obraca się dookoła w czerni tła. Fizyczna skończoność w nieskończoności?
Znowu rzeźba. Mały, nagi chłopczyk z wydatnym brzuchem, odlany jakby z białej porcelany. Z głowy spływają mu na tułów i ramiona smugi czarnej farby. Biały czy czarny? Jaki jest dziś los dzieci Trzeciego Świata?
Fotografia. Twarz mężczyzny. Patrzy na mnie. Ale nie do końca mogę mu się przyjrzeć. Lewa część twarzy jest rozmazana, jakby w ruchu. Nigdy nikogo do końca nie zrozumiemy, nie poznamy?
A to praca pełna feerii barw. Sztuczna do granic. Abstrakcyjna dzięki barwnym esom-floresom. Jednak ta abstrakcyjność jest złamana przez znajdującego się w centrum obrazu różowego stworka o dużych oczach jak z animowanego filmu dla dzieci. Co się wydarzy? Dziwny stworek patrzy przed siebie tajemniczo. Uśmiecha się? Chyba tak, ale jest też niepokój w tym uśmiechu.
Biały papier o grubej strukturze. Na nim granatowe, poziome kreski jakby układające się w linie łagodnego pejzażu. I, gdzieś pośrodku, niemal od dołu do góry, zakłócenie, kreski ulegają zagęszczeniu, jakby zderzały się dwie płyty tektoniczne. Rytm i dysonans zaburzenia harmonii?
I znów monitor na podłodze, a na nim czarno-biały obraz jakby budynków miasta, obracający się, niczym w kalejdoskopie. A jednak to nie budynki- to wytwór artystycznej wyobraźni. Miasto przyszłości?
Twarz dziewczyny czarnym tuszem naniesiona na szkle. Pod spodem, w różnych miejscach rozbłyska światło – białe, żółte i różowe, pokazując to naznaczone melancholią oblicze odmiennie, na nowo. Światło – symbol zmieniających się emocji?
A tego – dzieła, jak ja je widzę i jak o nie pytam, nie opowiem. Genialna jest forma wykorzystująca czerwony materiał wyszyty białą nitką. I ta nić kreśli obraz, historię o znaczeniu symbolicznym.
To nie wszystkie dzieła prezentowane w Willi Lentza w ramach wystawy „Eonflux” stanowiącej dynamiczny dialog przeszłości z przyszłością. Eon znaczy czas, trwanie, wieczność;
flux to strumień, przepływ.
To kolejna znakomita wystawa w naszej Willi. Artyści, głównie z Czech, a także Polski, Węgier, Austrii, Kanady czy Niemiec, stawiają ważne pytania nie dając łatwych (albo żadnych) odpowiedzi.
Noga słonia stojąca na podłodze. Paznokcie, ciemnoszara skóra aż do przekroju poprzecznego na wysokości około pół metra. Co widać? Nie ma ścięgien, kości. Nie ma mięsa. Są za to poprowadzone od środka ostre czarne kreski, niczym promienie okręgu. Pomiędzy nimi zdecydowane kolory – czerwony, niebieski, żółty, zielony, biały, czarny i pomarańczowy. Spotkanie natury z kulturą?
A obok, także na podłodze, rzeźba. Naga kobieta wykuta i wyszlifowana w białym kamieniu, siedzi podpierając się rękoma. Nogi ma złączone. Sprawia wrażenie pięknej, delikatnej i skromnej. Wzór klasycznego piękna. Niepokoi jednak i zastanawia, że jest pomalowana w fioletowe, nieregularne prążki wokół całego ciała. Klasyczna harmonia dziś stała się niemożliwa?
Teraz piegowata twarz dziewczyny na fotografii. Ma blizny i zadrapania. Sadząc po tytule zdjęcia, znak końca miłosnego związku. Rany fizyczne symbolizujące rany psychiczne związane z rozstaniem.
Fragment wideoinstalacji. Na podłodze monitor. Na ekranie szaroniebieska głowa człowieka zrobiona z grubego włosia. Obraca się dookoła w czerni tła. Fizyczna skończoność w nieskończoności?
Znowu rzeźba. Mały, nagi chłopczyk z wydatnym brzuchem, odlany jakby z białej porcelany. Z głowy spływają mu na tułów i ramiona smugi czarnej farby. Biały czy czarny? Jaki jest dziś los dzieci Trzeciego Świata?
Fotografia. Twarz mężczyzny. Patrzy na mnie. Ale nie do końca mogę mu się przyjrzeć. Lewa część twarzy jest rozmazana, jakby w ruchu. Nigdy nikogo do końca nie zrozumiemy, nie poznamy?
A to praca pełna feerii barw. Sztuczna do granic. Abstrakcyjna dzięki barwnym esom-floresom. Jednak ta abstrakcyjność jest złamana przez znajdującego się w centrum obrazu różowego stworka o dużych oczach jak z animowanego filmu dla dzieci. Co się wydarzy? Dziwny stworek patrzy przed siebie tajemniczo. Uśmiecha się? Chyba tak, ale jest też niepokój w tym uśmiechu.
Biały papier o grubej strukturze. Na nim granatowe, poziome kreski jakby układające się w linie łagodnego pejzażu. I, gdzieś pośrodku, niemal od dołu do góry, zakłócenie, kreski ulegają zagęszczeniu, jakby zderzały się dwie płyty tektoniczne. Rytm i dysonans zaburzenia harmonii?
I znów monitor na podłodze, a na nim czarno-biały obraz jakby budynków miasta, obracający się, niczym w kalejdoskopie. A jednak to nie budynki- to wytwór artystycznej wyobraźni. Miasto przyszłości?
Twarz dziewczyny czarnym tuszem naniesiona na szkle. Pod spodem, w różnych miejscach rozbłyska światło – białe, żółte i różowe, pokazując to naznaczone melancholią oblicze odmiennie, na nowo. Światło – symbol zmieniających się emocji?
A tego – dzieła, jak ja je widzę i jak o nie pytam, nie opowiem. Genialna jest forma wykorzystująca czerwony materiał wyszyty białą nitką. I ta nić kreśli obraz, historię o znaczeniu symbolicznym.
To nie wszystkie dzieła prezentowane w Willi Lentza w ramach wystawy „Eonflux” stanowiącej dynamiczny dialog przeszłości z przyszłością. Eon znaczy czas, trwanie, wieczność;
flux to strumień, przepływ.
To kolejna znakomita wystawa w naszej Willi. Artyści, głównie z Czech, a także Polski, Węgier, Austrii, Kanady czy Niemiec, stawiają ważne pytania nie dając łatwych (albo żadnych) odpowiedzi.